Siedzimy przy stoliku, rozmawiamy, Jan Nowicki w niedbałej pozie, z charakterystyczną dla niego elegancką nonszalancją opowiada… Spod przymrużonych powiek patrzy, czy robi wrażenie na rozmówcy. Tak, Jan lubił robić wrażenie. I robił!

Łatwo było się nim zachwycić. Był gwarancją ciekawej rozmowy. Wiele takich z nim odbyłam na różnych etapach jego życia. I mojego. Pamiętam też ostatnią. Świat opanował koronawirus. Przerażeni, niepewni jutra siedzieliśmy zamknięci w swoich domach, bojąc się najmniejszego kontaktu z drugim człowiekiem. A jeśli to już koniec? A jeśli świat, który znaliśmy, zniknie na naszych oczach? Przemijanie, śmierć, utrata… – jak się z tym uporać? Zadzwoniłam do Jana. Zapytałam, czy opowie o przemijaniu… Był oswojony z tematem od lat, czasem nawet myślałam, że kokietuje starością i bliskim końcem. Lubił rozmawiać na temat przemijania, traktował je jak coś, co każdego z nas czeka. I tylko od nas zależy, czy się z tym pogodzimy jako z naturalną koleją rzeczy, czy będziemy siebie oszukiwać, że można czas zatrzymać w miejscu. Był wieczór, rozmawialiśmy przez telefon dobre trzy godziny. „No to masz już książkę” – powiedział w końcu. Wtedy nie myślałam o książce, biografii wielkiego aktora. To był czas, kiedy wycofał się z aktorstwa i z powodzeniem został pisarzem… nie bał się mówić, co myśli, nawet jeśli miałby się na niego obrazić cały świat. Bo nawet jak obrażał, to z klasą. Miałam wrażenie, że żyje na własnych warunkach. Mało komu się to udaje. Zwykle jesteśmy w układach, zależnościach, powinnościach…Jego to nie dotyczyło.
I nagle niespodziewanie odszedł. Bez pożegnania i fanfar. Też na swoich warunkach. Zawsze powtarzał, że chciałby umrzeć w domu, w ramionach ukochanej kobiety. Spotkał taką pod koniec życia. Jeszcze zdążył przeżyć miłość ostatnią. Dobrą, czułą, spokojną, dojrzałą. Ale kiedy odszedł, została pustka… Pamiętam jego opowieść o kwiatach w wazonie: „Lubię życie porównywać do kwiatów w wazonie. Cały rok staram się mieć kwiaty w wazonie. W tym upatruję zresztą powodzenie człowieka, że może sobie pozwolić na to, by przez cały rok mieć świeże kwiaty. Piękne kwiaty to często więcej niż lichy partner w domu – jest na co popatrzeć i jest z kim pomilczeć. Ale przyjrzyjmy się im bliżej. Najpierw są piękne, ale z czasem więdną. A zwróciłaś uwagę na to, jak śmierdzi woda w starych kwiatach? Przecież to jest nic innego, jak opowieść o człowieku, jego starości i przemijaniu. Zauważ, że dokładnie tak samo kończy, jak cięte kwiaty”. Wielki Szuler uśmiecha się pewnie teraz gdzieś w niebie…Dziękuję Ci, Wielki Szu.
Mimo naprawdę gigantycznych ról teatralnych, wszyscy kojarzą go z wielkim szulerem, który miał odejść na emeryturę, ale postanawia jeszcze zrobić mały szacher-macher. Oczywiście w wielkim stylu. Wcale nie było łatwo Sylwestrowi Chęcińskiemu zwerbować aktora do tego filmu. „Musiał do mnie przyjechać, bo nie miałem telefonu. Zawsze uważałem, że nie wolno mieć telefonu. Dla aktora telefon – wbrew temu, co się mówi – to jest prawdziwe nieszczęście. Bo dzwoni – wspomina Nowicki. – Telefony są dobre dla groszorobów i tych, co czekają na cud. Gdy reżyser jest poważny i ma poważne plany – przyjedzie do aktora osobiście. Nie miałem telefonu i od razu robiła się naturalna selekcja. Nie musiałem się zmagać z pokusą grania dla pieniędzy. Nie było propozycji, był spokój. Chęciński przyjechał. Przyjechał i zastał w Krakowie młodego człowieka. Bardzo długo byłem młody. Do wyrzygania. Przekroczyłem czterdziestkę…Miałem świetną sylwetkę. Byłem mocny. Długowłosy. Spotkaliśmy się. Zjedliśmy obiad. Przyglądał mi się, przyglądał, bo Sylwek jest bardzo krytyczny. A jednak się zdecydował. Dostałem scenariusz i zobaczyłem, jaki mam materiał. W cholerę ściąłem włosy, żadnych pożyczek – pokazałem łysinę. Zapuściłem brodę. Okazało się, że siwieję. Przytyłem z 15 kilo, bo umiem chudnąć i tyć na zamówienie.
Kiedy przyjechałem do Polanicy-Zdrój, Chęciński zdębiał. «Witam cię, Szu» – powiedział na mój widok. Z jaką satysfakcją czytałem potem, kiedy Lucjan Kydryński napisał o mnie: «Ten zmęczony sześćdziesięcioletni mężczyzna». Miałem 42 lata. Zapachniało aktorstwem. To była moja pierwsza rola kreacyjna. Aktorzy zazwyczaj grają siebie”… Nowicki gra zresztą i prywatnie, wie, co to hazard, choć hazardzistą nie jest. Pewnie dlatego, że pieniądze w ogóle go nie interesują. Gra dla zabawy. „Nie powiem, że byłem wolny od tego nałogu, ale w pewnym momencie mi przeszło. Samo. Nawet się nie starałem – opowiada. – A grałem z Jurkiem Bińczyckim. Byłem z dziewczyną, która nie miała nic przeciwko temu, żebym przegrywał. To jest bardzo ważne dla hazardzisty. Wyciągała ostatnie pieniądze. Basia Sobottowa, sprinterka, matka mojego syna Łukasza. Świetna dziewczyna. […] Kiedyś wygraliśmy tyle, że chcieliśmy kupić tramwaj”. Tramwaju wprawdzie nie kupił, a wszystkie pieniądze rozdał. Za to z przyjemnością stworzył postać wielkiego szulera, żył zapożyczonym życiem tak wiarygodnie, że określenie Wielki Szu przylgnęło do niego na dobre. „W pewnym momencie zorientowałem się, że to namiętność zgubna dużo bardziej niż kobiety i alkohol, i wycofałem się z tego interesu – opowiada Nowicki. – Moment Wielkiego Szu był tą cezurą, kiedy przestałem zajmować się kartami”.
„Umiał grać! – mówi Karol Strasburger, który również zagrał w Wielkim Szu. – Pamiętam, jak godzinami ćwiczył karciane sztuczki. Produkcja zatrudniła nawet specjalnego «magika od pokera», który nie tylko uczył go żonglować kartami, ale też zachowywać się jak profesjonalny pokerzysta. Nic się nie dzieje bez przygotowania. To tylko amatorzy tak mają, że niby wszystko potrafią. Zawodowcy uczą się, pracują, znają tekst na pamięć, przychodzą przygotowani – i on tego pilnował”.
Dorota Pomykała grała prostytutkę w Wielkim Szu. Ale jak zakochana w Wielkim Szu Jola jest gotowa jechać z nim na koniec świata, lecz on nie potrzebuje tego od niej. Daje dziewczynie wygrane czerwone porsche i rozgrywa się wtedy najpiękniejsza scena miłosna w tym filmie…
Dorota wspomina, że gra z Nowickim była wielkim, niewyobrażalnym aktorskim przeżyciem. Mount Everest! Śmieje się, bo odkąd Nowicki zagrał Wielkiego Szu, znali go wszyscy.
Dorota Pomykała wspomina: „Kiedyś Janek opowiadał mi, że nabierał na stacji paliw benzynę i przez roztargnienie, bo taki trochę był, zostawił na dachu auta portfel. W drodze na szczęście się zorientował i wrócił na stację, bo portfel podczas ruszania spadł z dachu. Liczył po cichu, że go odzyska, że ludzie są uczciwi”. I owszem, nie pomylił się. Powiedział pracownikowi stacji o zgubie, ale ten patrzył na niego z niedowierzaniem. „Może pan zobaczyć, w środku jest mój dowód osobisty” – zaproponował aktor. Mężczyzna wyciągnął zieloną książeczkę, bo tak wtedy wyglądały dowody, przeczytał nazwisko, popatrzył na zdjęcie, na Jana, na zdjęcie, na Jana i powiedział: „Rzeczywiście, ale się pan posunął”.
Andrzej Grabowski mówi jednak ze smutkiem o sławie aktora, która przemija szybciej, niż się człowiek zorientuje. „Kiedyś Owsiak zaprosił nas na spotkanie w Akademii Sztuk Przepięknych w Kostrzynie – wspomina. – Prowadziłem samochód, Janek siedział obok, no i co barek, to Janek: «Jędrusiu, jakbyś tu się zatrzymał», no to zatrzymywaliśmy się, ja wodę mineralną albo kawę, Janek coś tam popijał. Podczas któregoś postoju przybiegli chłopcy z okolic i zgromadzili się wokół mnie. Trochę głupio mi się zrobiło, bo siedzę z Jankiem Nowickim, więc mówię do nich: «Nie widzicie, z kim ja siedzę?», myśląc: «Wielki Szu». Oni tak się patrzą na Janka, na mnie, na Janka, na mnie, i jeden mówi: «Paździoch?». Zamurowało mnie. Zupełnie nie wiedziałem, co mam zrobić. A Janek: «Tak». Niby wziął na klatę, że wielka sława to żart, ale był trochę smutny”. Dojeżdżali już do Kostrzyna, kiedy powiedział: „Wiesz, Jędruś, jak byłem młody, to mi się chciało żyć. A teraz to ja muszę żyć”. Zupełnie jak przed laty, kiedy z Jankiem Fryczem siedzieli w garderobie i nagle po spektaklu za drzwiami usłyszeli śmichy-chichy młodych dziewczyn. Frycz zażartował i mówi: „Jaśku, fanki do ciebie przyszły”. Na co Nowicki: „Nie, Jaśku, to nie do mnie, to do ciebie. Moje kaszlą”.
W tekście wykorzystano fragmenty książki „Żyć jak Wielki Szu”, wydawnictwo Rebis.
Dziękujemy za przeczytanie artykułu do końca. Jeśli podobają Ci się nasze treści, to udostępnij naszą stronę swoim znajomym
Chcesz opublikować na naszym portalu jakąś ciekawą historię, napisać własny artykuł? Napisz do nas: redakcja@seniornaczasie.pl
REKLAMA
FUNDACJA SENIOR NA CZASIE
KRS | 0001065276
NIP | 9462733434
REGON | 526765451
Ul. Frezerów 3, 20-209 Lublin
+48 730 540 210
kontakt@seniornaczasie.pl
Fundacja Senior na Czasie informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie seniornaczasie.pl podlegają ochronie.
Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.
© Copywright 2024 Fundacja Senior na Czasie